piątek, 30 kwietnia 2010
Jacques-Pierre Amette – Kochanka Brechta

 

 

Zaciekawiła mnie ta książka z powodu dyskusji o żonie Pawła Jasienicy, w związku z filmem Różyczka. Bertold Brecht też miał kochankę która na niego donosiła (z tą róznicą, że nie została jego żoną).

Kochanka Brechta to podobno powieść z kluczem, ale ponieważ prawie nic nie wiem o Brechcie, ta warstwa książki pozostała dla mnie nieodkryta. Znacznie ważniejsze było dla mnie to, że nie znalazłam w niej tego czego szukałam - czyli historii tej kobiety. Dlaczego to robiła, jak się z tym czuła - pobieżne wytłumaczenie, że to wszystko dlatego, bo platonicznie kochała agenta Stasi, to za mało. Generalnie ksiażka pozostawia taki niedosyt, że raczej należałoby ją uznać jedynie za szkic - zarówno wszystkich zaplątanych w tę historię postaci jak i ciekawego momentu historii, w którym się to wszystko dzieje.

Z tym, że ten szkic świetnia się czytać a teraz mam ochotę na przeczytanie ciekawej biografii Bertolda Brechta.

Tak na marginesie: o ile to, że książka została nagrodzona Bookerem nie jest dla mnie jeszcze żadną rekomendacją, bo przekonałam się że różnie z ta nagrodą bywa, o tyle na Nagrodzie Goncourtów jeszcze się nie zawiodłam.

czwartek, 29 kwietnia 2010
Yann Martel - Życie Pi
I kolejna wyzwaniowa lektura za mną. Tym razem Booker.
Wiedziałam, że z tej listy, będzie to na pewno właśnie "Życie Pi", bo już dawno mi o niej opowiadała koleżanka.





I bardzo jestem zadowolona, że dałam się jej namówić. Bardzo ciekawa książka, bardzo ciekawy autor.

Na szczegóły zapraszam do mojej recenzji :)
Tworki

Tworki, Marek Bieńczyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007

Tworki

Ostatnio mam szczęście do polskich autorów, którzy lubią zabawy językowe. Mimo mojej początkowej niechęci, powieść i językowe wygibasy Marka Bieńczyka spodobały mi się. Miejsce akcji urocze - dom wariatów w Pruszkowie, w czasie drugiej wojny światowej. Do zarządzanego przez Niemców szpitala trafia Jurek-ogórek, młody rymujący buchalter. Oprócz niego pracuje tam cud Sonia, Janka w kawowej sukience i Marceli - i tak dom wariatów staje się dla tych młodych azylem, "tworkowskim rajem".

''Tak dobrze wrósł w pamięć tamten majowy poranek. Wyszli z pokoju, gdy słońce jeszcze tkwiło za helenowskim lasem, a w cienistych koronach drzew plątały się resztki nocy. Jurek z Janką szli na przedzie, za ich plecami Ania, Asia i Bronka rozmawiały z chłopakami i słychać było wybuchy śmiechu, na końcu pochodu Marcel opowiadał mamie o dansingu w Adrii. Kiedy przechodzili przez bramę obok uśmiechniętego Johanna, dobiegli do nich Sonia z Olkiem, nieco zziajani. Sonia miała wciąż tę samą sukienkę, teraz lekko pogniecioną, błyszczącą inaczej w barwach świtania niż wczorajszym popołudniem, Olek nie puszczał ręki Soni i tak głęboko, choć pogodnie patrzył wszystkim w oczy.''

nominacja do Literackiej Nagrody Nike 1999

c.d. http://smietankaliteracka.blox.pl/html

Tagi: Nike
15:30, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »
Syndrom limski. "Belcanto" Ann Patchett

Wytwór artystyczny o wysokich walorach estetycznych, czyli "dzieło" w języku włoskim wyraża powszechnie znane i zupełnie inaczej kojarzone słowo: "opera". Bo któż nie słyszałby chociaż raz w życiu o tym niezwykłym, bardzo bogatym i rozbudowanym utworze muzycznym tworzącym kompilację wokalno-instrumentalno-sceniczną?
Twórcami opery była Camerata florencka, która kładła szczególny nacisk na prymat słowa nad melodią we wszystkich dziełach muzycznych.
Włosi będąc ojcami opery zostali także twórcami, przeciwstawnego poglądom Cameraty florenckiej, terminu "bel canto" określającego nurt w muzyce kładący nacisk na estetykę, piękno głosu oraz wirtuozerię śpiewaków, a znaczącego nic innego, jak "piękny śpiew".

W powieści "Belcanto" Ann Patchett, tytułowy piękny śpiew wydobywa się z ust jednej z najlepszych sopranistek świata - Roxane Coss, której recital ma być ukoronowaniem urodzin japońskiego biznesmena. Przyjęcie z okazji jubileuszu Pana Hosokawy wydaje na jego cześć władza małego kraju w Ameryce Południowej, w nadziei że bogaty Japończyk chętnie zainwestuje swoje pieniądze w tym regionie. Tak naprawdę Pana Hosokawy nie ściągają jednak na bankiet do willi wiceprezydenta tego niewielkiego kraju interesy, ale chęć posłuchania na żywo ulubionej śpiewaczki - podobnie zresztą, jak innych gości, którzy na co dzień wcale niezainteresowani losami kraju stawiają się licznie na raucie.
Chyba wszyscy goście chcą aby ten wieczór, ten koncert trwał jak najdłużej, jednakże w końcu Roxane Coss milknie. W tym samym momencie do rezydencji wpadają terroryści.


(...)

Gdy pomyślimy, że historia opisana w powieści mogła naprawdę mieć miejsce, do fascynacji i zauroczenia dochodzi zaskoczenie, dreszczyk emocji i krótka myśl wyśpiewująca arię głęboko w naszej głowie - że to my mogliśmy tam być.
Powieść Patchett oparta jest jednak dosyć luźno na faktach. A fakty są następujące: w 1996 roku obchody urodzin cesarza Japonii, zorganizowane w ambasadzie japońskiej w stolicy Peru - Limie, przerywa atak terrorystów z radykalnej peruwiańskiej organizacji. Terroryści pomimo wielu gróźb zabicia zakładników tego nie czynią, co więcej wypuszczają kolejne grupy przetrzymywanych, a siedemdziesięciu dwóch przetrzymują ponad pół roku. W końcu jednak służby rządowe podejmują próbę odbicia zakładników - osiem miesięcy po porwaniu wkraczają do ambasady.
Co ciekawe, podczas okupacji rezydencji terroryści, szczególnie najmłodsi, powoli zaczynali łagodnieć, stracili swoje morale i żałowali bardzo zakładników traktując ich jak najlepiej. Syndrom ten został później określony, jako odwrotność syndromu sztokholmskiego - tzw. syndrom limski.

Cieszę się ogromnie, że mogłam w ramach wyzwania Nagrody Literackie zapoznać się z tą niezwykłą powieścią. Każdemu ją gorąco polecam i sama przymierzam się do kolejnych książek laureatki Orange Prize - Ann Patchett.

Zachęcam do przeczytania całej recenzji na mym blogu.

czwartek, 22 kwietnia 2010
Arundhati Roy - Bóg rzeczy małych

Przeczytałam już ksiązki z mojej wyzwaniowej listy i teraz czytam to co sobie po drodze, dzięki temu wyzwaniu  "wynotowałam".

Zachwyciła mnie ta książka poezją języka, który pachnie kolorami indyjskich przypraw, są w nim słonie z powykręcanymi trąbami i dużo pięknych drobiazgów w zaśmieconym krajobrazie. W dodatku z poutykanymi wszędzie aforyzmami. Uniwersalnymi:

Wiesz co się dzieje gdy kogoś zranisz? Zaczyna cię mniej kochać. Taki skutek mają nieostrożne słowa. Ludzie zaczynają cię mniej kochać.

I takimi na czasie:

To dziwne, że czasami wspomnienie śmierci trwa znacznie dłużej niż wspomnienie życia, które śmierć zabrała.

Opowieść o spętanych nie tylko kastowymi  przesądami więzach rodzinnych, chociaż to o czym opowiada, czyli że wszystko może się zmienić w jeden dzień, może zdarzyć się wszędzie, niekoniecznie w Indiach.  Wychowywane przez rozwiedzioną matkę bliźniaki Rachel i Estha nie zdają sobie sprawy, że świat ich dzieciństwa zmierza do katastrofy. Razem z nimi zmierzamy do dnia, w którym wszystko się zmieni, przy czym opowieść zatacza kręgi, tak że czasami wybiega naprzód i nie wiedząc jeszcze co się zdarzyło, spoglądamy na ten dzień z perspektywy dorosłej Rachel.  Przejmująco opowiedziane jak ci którzy w środku są  nieszczęśliwi, rozładowują dławiące ich emocje, krzywdząc słabszych od siebie.

Na moim blogu dalej piszę jeszcze o dwóch dobrych właśnie przeczytanych przeze mnie książkach.

"Francuski testament" Andreï Makine

„Francuski testament” Andreï Makine to powieść niezwykła. Choć początek tego nie zapowiadał i nie od razu poczułam atmosferę rosyjskiego miasteczka gdzieś na Syberii, im mocniej zagłębiałam się w tę niestety dosyć krótką książkę, tym mocniej ją odczuwałam i tym bardziej byłam zachwycona. Nie dziwię się, że pisarz otrzymał za nią nie tylko Prix Goncourt w 1995, ale także Prix Médicis tego samego roku. Makine zawarł w książce wiele wątków autobiograficznych (choć z informacji, które znalazłam wynika, że nie jest to jego autobiografia wbrew temu, co twierdzą niektóre polskie źródła), przede wszystkim tworząc głównego bohatera dwujęzycznym młodym człowiekiem: urodzonym w Rosji, ale o francuskich korzeniach. Opowiadana przez niego historia rodziny, a przede wszystkim jego próby zrozumienia własnej babki, mieszkającej na Syberii Francuzki, centralnej postaci całej powieści, porywają i przenoszą w świat poezji mieszającej się z brutalnym życiem, wojną i niełatwą miłością. Zarówno do ludzi jak i kraju.

Cała recenzja na moim blogu.

środa, 21 kwietnia 2010
W wolnym kraju

In a Free State (W wolnym kraju), V. S. Naipaul

In a Free State

V. S. Naipaul urodził się w Trynidadzie, w rodzinie hinduskich emigrantów, jednak mieszka i tworzy w Anglii. Piszę o tym gdyż uważam, że pochodzenie noblisty miało ogromny wpływ na jego twórczość i umożliwiło mu opisywanie Europy i jej mieszkańców z podwójnej perspektywy, współczesnego mieszkańca Zachodu i Trzeciego Świata. Ta książka to w zasadzie trzy opowiadania spięte klamrą narratora, który płynie na promie do Egiptu.

Pierwsza opowieść, "Jeden z wielu", która zresztą spodobała mi się najbardziej, to historia Santosha, indyjskiego służącego, który wraz ze swym panem przylatuje do Ameryki. To człowiek wyalienowany, wrażliwy, wręcz skołowany w obcym miejscu, do tego naiwny. Amerykańską kulturę i język  poznaje oglądając spoty reklamowe. Pisarz świetnie oddaje jego zagubienie i przerażenie, bohater wpada w rozpacz gdy orientuje się, że wydał połowę swej pensji na wypad do kina i przekąskę. To jest równocześnie śmieszne i tragiczne. Dla Santosha amerykański sen o wolności okazuje się oszustwem, jako nielegalny imigrant musi poślubić Amerykankę by otrzymać Zieloną Kartę.

c. d. http://smietankaliteracka.blox.pl/html

20:45, bsmietanka
Link Dodaj komentarz »
Matka odchodzi - Tadeusz Różewicz

Jak sam autor wyznaje, "Matka odchodzi" to żebracze treny. Na książkę składają się wiersze poety, fragment jego pamiętnika, luźne teksty oraz wspomnienia autorstwa matki i dwóch braci. Postać wyłaniająca się z tych skrawków to kobieta pracowita, zaradna, a przede wszystkim - dobra, kochana mama. Z lektury można wnioskować, że z synami łączyła ją bardzo silna więź; notatki Różewicza zapisane wiele lat po jej śmierci świadczą z kolei o niekłamanej, głębokiej miłości synowskiej.

Stefania Różewicz (1896-1957) w książce wypowiada się dwukrotnie: we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa na wsi w okolicach Wielunia oraz wspomnieniach z okresu narodzin syna Tadeusza. Pierwszy tekst ma niesamowitą wartość poznawczą i śmiało można go włączyć do programu szkolnego jako lekturę uzupełniającą, ponieważ znakomicie pokazuje życie wiejskie na początku XX wieku. Można dowiedzieć się, co dokładnie znaczy być biednym, jak przerażająco nikła była wiedza chłopów na temat higieny czy wagi szkolnictwa, jak niewiele znaczyła dla nich Polska. Dla mnie odkryciem był np. fakt, że jedzenie składało się głównie z ziemniaków i kapusty oraz mącznych roztworów, natomiast jarzyn, a tym bardziej owoców, w ogóle nie uprawiano. Drugi tekst opowiada o najwcześniejszych latach, a właściwie - latkach - Tadeusza Różewicza. Okazuje się, że dość wcześnie wykazywał się nietuzinkowym postrzeganiem otoczenia:

Sprawiał nam zawsze dzieciak wiele radości swoimi różnymi odruchami i powiedzeniami, które tylko ono w swoim świecie widzenia i myślenia rozumiało. W polu, jak chciał zerwać kłosek zboża, a nie mógł, krzyczał do kłoska: puść, puść. Myślał pewnie, że tam w ziemi ktoś trzyma. A jak się o co obraził wchodził pod stół i wołał: poszedłem w świat. Jeszcze dzieciak nie miał dwóch lat, jak dostałam atak nerki. Pamiętam, jak przyszedł do łóżka i płacząc mówił: musia, niech cię boli, a nie umieraj. W ogóle bardzo się wszystkim interesował, a najwięcej zwierzętami. (s. 39)

Ciąg dalszy tutaj.

 

14:47, czytanki.anki , Nagroda Nike
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 18 kwietnia 2010
Belcanto, Ann Patchett

Rebis, 2008

Liczba stron: 408

Małe południowoamerykańskie państwo organizuje ważne dla kraju przyjęcie, w którym uczestniczą ambasadorowie, przedsiębiorcy z wielu krajów oraz sławna amerykańska śpiewaczka operowa, zaproszona specjalnie dla honorowego gościa z Japonii. Japończyk, o którym mowa, jest bogatym przedsiębiorcą i miłośnikiem opery, nie ma jednak zamiaru otwierać fabryki w tym kraju - przyjechał ze swoim osobistym i zaufanym tłumaczem Genem po to, by wysłuchać koncertu. Kiedy pod koniec przyjęcia do domu wiceprezydenta wdziera się grupa porywaczy przygotowująca uprowadzenie prezydenta, piekny wieczór zmienia się w koszmar. Sytuacja staje się jeszcze trudniejsza, gdy okazuje się, że w budynku nie ma prezydenta, który w ostatniej chwili zrezygnował z udziału w przyjęciu.

Całość TUTAJ

wtorek, 13 kwietnia 2010
"Okruchy dnia" Kazuo Ishiguro

Polecam „Okruchy dnia” każdemu, kto lubi takie niespieszne historie, złożone z okruchów wspomnień i refleksji, nie tylko nad życiem bohatera, ale i uniwersalnymi prawdami, które kierują naszymi poczynaniami, nierzadko bez naszej pełnej świadomości. To także opowieść o przemijaniu, o świadomości straty i wierności. O tym, gdzie może zaprowadzić człowieka bezwarunkowa lojalność. Nastrojowa i pełna wdzięku w staromodny sposób, nic nie tracąca przy tym na współczesnym przesłaniu. Naprawdę warto.

Cała recenzja na moim blogu.

 
1 , 2