niedziela, 28 marca 2010
"Hańba" - J. M. Coetzee

hańba

Zdobywca Nagrody Bookera - 1999 rok

Jedno jest pewne – przeczytałam ją bardzo za późno i nie wiem, czy to dobrze, może wręcz odwrotnie. Wrzawa wokoło niej już dawno ucichła, ale z całą pewnością nie stanie się tak z moją karuzelą pod czaszką. Dawno nie miałam aż tak okropnie ambiwalentnych uczuć względem bohaterów. Inteligentna książka, oszczędna w słowach, lecz roztaczająca prawdziwe bogactwo pytań o moralność, sens kary i wykluczenia.

 

więcej - książki są bramą...

19:58, joanna_czytelnik
Link Dodaj komentarz »
"Hańba" Coetzee


Kolejna książka przeczytana dzięki wyzwaniu "Nagrody literackie". I kolejny dobry wybór!

"Hańba" ma miejsce w RPA po upadku apartheidu. Poznajemy losy pięćdziesięciokilkuletniego Davida, który po swoim (haniebnym) czynie zostaje relegowany z uczelni. Aby odpocząć od całej sytuacji i zamieszania z tym związanego wyjeżdża do swojej dawno niewidzianej córki na wieś. Tutaj jednak również nie znajduje ukojenia - wręcz przeciwnie - doświadczenie kolejnej (haniebnej) sytuacji wywraca jego życie do góry nogami. 

David, jako dojrzały, biały mężczyzna w RPA, dwukrotny rozwodnik i wykładowca uniwersytecki, ma swój styl życia i potrzeby, których nie zamierza hamować. Zawsze chce mieć to, czego pragnie i nie lubi, jak mu się odmawia. Już pierwsza scena z młodą prostytutką i zachowanie Davida, kiedy odmówiła dalszych spotkań pokazuje, że zawsze musi dostać to, czego chce. Podobnie było z Melanie, której pożądał i którą sobie "przywłaszczył". Zastanawiać się jeszcze możemy, jak duża zgoda samej Melanie była w tej sytuacji - czy chciała tego związku (w końcu sama do Davida przyszła, zamieszkała u niego), czy czuła presję, której nie potrafiła się oprzeć i odmówić? Na ile decyzja o pozwie była jej a na ile jej chłopaka i ojca? Tak czy inaczej - zhańbiony David musiał opuścić uczelnię i zmienić swoje dotychczasowe życie. Ale czy zmienił podejście? Wiemy, że nie czuł się winny - wręcz przeciwnie - usprawiedliwiał się, uważał, że nie zrobił nic złego i nie zamierzał nic zmieniać. Widzimy go niedługo później z Bev (kolejna hańba?), czy z nową, młodą prostytutką. 

A co z Lucy? 

Więcej na moim blogu spojlery.blox.pl

Rodzina Hegartych

Anne Enright, Tajemnica rodu Hegartych, Wydawnictwo Literackie 2007.

(na lotnisku) "Patrzę na ludzi stojących w kolejce do kasy i zastanawiam się, czy wracają do domu, czy też wyjeżdżają od swoich bliskich. Bo nie ma innych podróży. Stajemy się dziwnymi uchodźcami, którzy uciekają od własnej krwi albo ku niej; pulsują w tę i z powrotem w upiornych żyłach oplatających świat motkiem krwi."

Veronica i pozostali Hegartowie

Współczesna Irlandia - rok 1998. Centralnym wydarzeniem jest samobójcza śmierć Liama i zamieszania związane z jego pogrzebem. Rodzina Hegartych żyje w rozproszeniu, ale gromadzi się i konfrontuje z tragicznym odejściem jednego z nich. Śmierć staje się niezbyt wygodnym lustrem, które wymusza zmierzenie się z przeszłością, z własnym życiem - zwłaszcza, że rodzeństwo Liama to ludzie po trzydziestce lub starsi, z bagażem życiowych sukcesów i porażek.

Plan teraźniejszy uzupełniają wspomnienia sięgające czasów, gdy Liam miał 9 lat ("Ziarno śmierci mojego brata zostało zasiane przed laty..."). Wyobraźnia narratorki sięga jeszcze głębiej - do roku 1925, kiedy to Ada Merridan (babcia Liama, nestorka rodu) poznała mężczyzn swego życia.

Hegartowie stanowią rodzinę wielodzietną - jedną z wielu w irlandzkim pejzażu lat 60. Jeśli pominąć 7 poronień, na świat przyszlo 12 dzieci. Rodzinny klan, ale więzi między dorosłymi są wątłe i raczej obciążające.

Liam miał wśród krewnych opinię błyskotliwego, dowcipnego kompana i nieudacznika zarazem. Kogoś, kto wszędzie napyta sobie biedy, bo nie nadaje się do życia: zbyt ostro osądzał kompromisy, krzywdził gotowych go pokochać, a siebie samego unicestwiał alkoholem. Dożył 40 lat.

Veronica była najsilniej związana z bratem; młodsza o rok, wie o nim więcej niż ktokolwiek, zna destrukcyjne tajemnice. Śmierć Liama wybija ją z rytmu własnego życia. Uruchamia obrazy z przeszłości i niepokój, ktory zatruwa wszystko, czym dotąd żyła. Uporządkowany świat wydaje się jej "życiem w cudzysłowie": mąż-finansista, dwie córeczki, dom w kolorach beżu, kremu, piasku i popielu (stonowane, przyjazne życiu barwy). Zaneguje i cynicznie podważy każdą więź. Doświadczy kilkumiesięcznej depresji i pustki.

Veronica jest narratorką. Historia odsłania się, pulsując zgodnie z jej skojarzeniami, fantazjami i emocjami.

Czym jest ta opowieść?

Po pierwsze.

Dryfowaniem po chaosie zapamiętanych przeżyć, po niezabliźnionych ranach, sprzecznych emocjach odczuwanych wobec najbliższych. Przyglądaniem się rodzinnym więziom - brutalnie, bez sentymentu, bo "przynależność do rodziny to najbardziej rozdzierający sposób na życie".

Po drugie.

Próbą odnalezienia się po ciosie i przewartościowywaniem swojego życia. Wiwisekcją prowadzącą od negacji po ostrożną akceptację. Myślę, że w osnowę tej opowieści wpleciona jest nitka optymizmu. Cieniutka. Oto jak przebija się na powierzchnię: "Spadam tak od miesięcy. Od miesięcy spadam w swoje życie. I zaraz w nie trafię".

Po trzecie.

Czymś irytującym i niegrzecznym, niepozwalającym zaczytać sie spokojnie. Narracja jest postrzępiona, poskładana z odprysków niespójnej pamięci. Gorycz rozsadza jednak język: żywy, plastyczny, erotyczny, śmiały i świeży, poddany raczej wyobraźni niż rozumowej analizie. Dynamiczna to rzecz, więc i pesymizm nie przytłacza, lecz kłuje.

........
Pełna wersja tekstu na moim blogu: tamaryszek-opowieści zebrane

Odchodzę, Jean Echenoz

Nois sur Blanc, 2008

Liczba stron: 159

Felix Ferrer odchodzi od żony. Pomieszkuje tymczasowo u swoich kochanek lub na zapleczu galerii sztuki, której jest właścicielem. Żyje z dnia na dzień, pozornie wolny od trosk, lecz w sercu pełen obaw o stan interesów, o brak stałego portu w życiu, o swoje szwankujące zdrowie. Z marazmu wyrywa go śmierć asystenta oraz misja, której się podejmuje. Postanawia wyruszyć na koło podbiegunowe, by odnaleźć zaginione dzieła sztuki eskimoskiej. Pomysł ten zaszczepił mu współpracownik tuż przed niespodziewaną śmiercią. Wyprawa Ferrera kończy się sukcesem, lecz niedługo cieszy się spodziewanym zyskiem, ponieważ kolekcja zostaje skradziona.

O czym więc jest ta książka? Łatwiej wymienić o czym nie jest.

Całość TUTAJ

czwartek, 25 marca 2010
Niebanalna koronczarka
Koronczarka - Pascal Lainé
Tytuł oryginału - La Dentelliere
Tłumaczenie - Ewa Stocka-Kalinowska
Wyd. - 'Od nowa' Spółka Wyd., 1994
Seria - Ze światowej witryny księgarskiej
Liczba stron - 100
ISBN - 83-901268-6-9
Link do zdjęcia
Jak w Wikipedii wpiszemy hasło koronczarka, to ukażą się trzy odnośniki: do książki, filmu i obrazu. Zainteresowanie tym zajęciem w tylu wymiarach sztuki świadczy o tym, że jest w nim coś niezwykłego. A co - to świetnie tłumaczy książka Pascala Laine, nagrodzona w 1974 roku francuską nagrodą Goncourt.
Jeśli którejś z czytelniczek zdarzyło się kiedykolwiek wyprodukować własnymi rękami koronkowy obrusik czy coś w tym rodzaju (przepraszam, że tak feministycznie to zabrzmiało, ale panów nie podejrzewam o wykonanie szydełkowych serwetek), to wie, ile cierpliwości potrzeba, żeby ze zwykłej nitki powstało coś konkretnego; jak często prosta nić może się poplątać; ile pokory wymaga sytuacja, w której trzeba sporo spruć i zacząć od początku, by powstało coś, co będzie mieć wartość. No i co? Znamy te odczucia? Tak, tak - samo życie. Nawet ci, którzy nigdy nie szydełkowali znają to uczucie. Tak jest właśnie w tej książce - jest zmaganie z rzeczywistością, jest ćwiczenie cierpliwości, jest spokój, ale paradoksalnie niepokojący i - jak się okazuje - całkiem słusznie. Bohaterka jest tylko na pozór pozbawiona, czy może raczej nieświadoma, swoich uczuć. Jej pozorna nijakość, wycofanie, uległość aż dziwią. Jednak jej świat wewnętrzny kipi od tłumionych emocji. A okazuje się to dopiero wtedy, gdy jest za późno, aby zapobiec nieszczęściu.
Dalszy ciaąg mojej recenzji TUTAJ.
środa, 24 marca 2010
Anita Brookner - Hotel du Lac

Dobiegająca 40-tki Edith Hope jest autorką poczytnych romansów. Z powodu incydentu, który spowodowała w Londynie, znajomi wysłali ją do Szwajcarii. W odosobnionym hoteliku nad jeziorem ma przeczekać towarzyską burzę i dokończyć nową powieść.

Edith nie jest fascynującą kobietą, sprawia wrażenie smutnej i opuszczonej. Jest taka, jak czytelniczki jej książek:

Pragną wierzyć, że zostaną odkryte, wyglądając jak najlepiej za zamkniętymi drzwiami i właśnie wtedy, gdy uważały swoje życie za stracone, odkryje je przebojowy mężczyzna, który porzuci wszystko, żeby je zdobyć. (s. 24)

Opiera się zmianom zachodzącym w społeczeństwie i nie chce być jedną z nowoczesnych, przebojowych kobiet, które same wybierają sobie mężczyzn, nie chce nawet o nich pisać. Woli swoje ciche życie pisarki czekającej na telefon lub wizytę Davida, żonatego kochanka. Poznany w hotelu biznesmen tłumaczy jej, że tak naprawdę Edith potrzebuje nie miłości, ale pozycji społecznej czyli małżeństwa. Okazuje się, że może ono przynieść wiele korzyści:

I gdy raz wyjdziesz za mąż, możesz się zachowywać równie źle, jak ktokolwiek inny. Nawet gorzej, biorąc pod uwagę twoje niewykorzystane możliwości w tym względzie. (...) I będziesz przez wszystkich lubiana, i będziesz miała dużo do powiedzenia. I nigdy nie będziesz musiała czekać na telefon. (s. 97)

Powiało problematyką rodem z Jane Austen, jednak nie sposób zaprzeczyć, że kobiety samotne, nawet te sprawiające wrażenie niezależnych i szczęśliwych, nadal są postrzegane jako odstające od powszechnie uznanych norm. Także obecnie zamążpójście wydaje się wielu osobom lekiem na całe zło.

Problem zarysowany w powieści Brookner jest bardzo ciekawy, niestety sama książka pozostawia wiele do życzenia. Jest nieco staroświecka i wręcz nudna, choć pod koniec akcja nabiera tempa. Tekst wydał mi się bardzo nierówny, kanciasty; zupełnie nie odpowiada mi ukrywanie dialogów w tekście głównym obok tych zapisanych w tradycyjny sposób.

"Hotel du Lac" został nagrodzony Bookerem w 1984 r. Nie mam pojęcia, jakie obowiązywały wówczas kryteria, ale obawiam się, że dzisiaj ten tytuł nie trafiłby nawet na tzw. długą listę. Tak czy owak nie poddaję się i zamierzam wkrótce przeczytać "Rodzinę i przyjaciół" tej autorki. Liczę na lepsze wrażenia.

Tagi: Booker
11:57, czytanki.anki , Booker Prize
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 marca 2010


Po "Gnój" Kuczoka sięgnęłam dzięki wyzwaniu "Nagrody literackie". W pierwotnych planach z Nike miało pojawić się coś innego, lecz po wyzwaniowych recenzjach zmieniłam zdanie. I w takich właśnie sytuacjach dostrzegam zaletę i moc wyzwań! :) Ale o książce być miało...

"Gnój jest historią rodzinnego piekła, opowiadaną przez dziecko, które już to wszystko ma za sobą, ale z jakichś przyczyn dzieckiem być nie przestało." 

Tak streszcza swoją książkę Kuczok na jej okładce. I tutaj mam pewien zgryz, gdyż z pierwszą częścią w pełni się zgadzam, drugiej zaś nie rozumiem... Książka podzielona jest bowiem na trzy części - "Przedtem", "Wtedy" i "Potem". Jak można się łatwo domyśleć, pierwsza opowiada o sytuacji sprzed (ciężkiego) życia chłopca - narratora (poznajemy korzenie rodzinne, sytuację sprzed kilku pokoleń oraz tło społeczne), druga o tym właśnie życiu a trzecia o tym co działo się, jak chłopiec ten "z domu już wyszedł". 

Więcej... na moim blogu.

środa, 17 marca 2010
Kamerdynerem być...

Okruchy Dnia

Kazuo Ishiguro

Cóż mogę powiedzieć o tej książce? Tyle już o niej mówiono, pisano, tyle już recenzji powstało na ten temat... Powieść nagrodzona bardzo prestiżowym wyróżnieniem, pozytywnie odbierana przez rzesze czytelników na całym świecie -  cóż więcej chcieć..? A jednak oczekiwałam czegoś innego, czegoś ponad przeciętność. Tymczasem...

Poznajemy losy klasycznego angielskiego kamerdynera - Stevensa, który wybierając się w odwiedziny do dawnej znajomej, poprzez wspomnienia z nią związane dokonuje bilansu własnego życia. Próbuje tłumaczyć przed samym sobą własne wybory, decyzje, które rzeczywiście do najłatwiejszych nie należały.

Całą recenzję znajdziecie na moim blogu

Pozdrawiam!          Paideia

wtorek, 16 marca 2010
...Słucham, ktoś opowiada...

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Wydawnictwo Znak, 2006

"...nie tylko muzyką, także życiem rządzi rytm..."

Gruba książka, długa opowieść. Niespieszna, z dygresjami, powrotami do wcześniejszych wątków... Po trosze chronologiczna, ale bez zobowiązań - raz po raz odsłaniają się epizody wcześniejsze i zmieniają to, co już wyobrażone.

Mężczyzna mieszka samotnie w mazurskich stronach, nad zalewem, przy lesie. Pilnuje letniskowych domków, opustoszałych po sezonie. Towarzyszą mu psy, ludzi spotyka rzadko.

Codzienność może i monotonna, ale zarazem rytmiczna - malowanie tabliczek nagrobnych, spacer z psami, obchód domków, czytanie, muzyka, sen.

Ktoś zapukał, wszedł na moment, a został na dłużej...
Rozmowa o życiu, o tym, że to miejsce i chwila wynikają z wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Retrospektywa ogarnia etapy biografii mężczyzny, ludzi, których spotkał, wydarzenia (ważne, błahe), które go ukształtowały, czasem emocje, czasem "obrazki" nie wiadomo dlaczego istotne.
Obaj łuskają fasolę, to tradycja tych stron. Czynność mechaniczna, zajmuje czas, ale uwalnia myśli - można więc zająć je rozmową.
Powieść rejestruje tylko głos mężczyzny. Kim jest gość? Nieznajomy, choć czasem zdaje się być kimś spotkanym już wcześniej. Wiem o nim tylko tyle, że jest ciekaw i wiele go dziwi. Powiedzmy, że mogę wejść w jego skórę. Ktoś opowiada, ja słucham.

Na czym polega wyczuwalny rytm opowieści (rytm życia, które jest opowieścią)?
Może na tym, że skojarzenia się zazębiają, albo - że są podawane porcjami, z przerwą na zagadnięcie rozmówcy; może to lejtmotywy (kapelusz, saksofon, świece-lampy, fasola...), powroty do miejsc bolesnych...?

 

"...jeszcze tylko na pocztówkach świat jest taki, jak by się chciało, żeby był"

Chwila, która bohaterowi wydała się niczym przeniesiona z bożonarodzeniowej pocztówki, nie była czasem bezpiecznym ani słodkim. Był wtedy bezbronny, przestraszony i samotny jak nigdy w życiu - a mimo to świat wydawał się piękny.

Autor chyba lubi zastygłe kadry sprzed lat.
Od fotografii ojca i syna rozpoczyna się "Widnokrąg"; w "Traktacie..." jest taki obraz: jedyne zdjęcie całej rodziny zrobione dla żartu, z matką trzymajacą na rękach świnię Zuzę. Ważna pamiątka utrwalająca przepadły świat.
W prozie Myśliwskiego (-do wymienionych dorzucę "Kamień na kamieniu"-) mamy analogiczne chwyty narracyjne. Dojrzały mężczyzna ogarnia wspomnieniem (monologiem, rozmową) swoją przeszłość i świat, który niegdyś byl inny.
Opowieść obrasta wokół losów jednostki, ale w tle przewija się (niezbyt krzykliwie) historia, przemiany społeczne, nowiny obyczajowe.
I może to nostalgia za młodością, może rozczarowanie współczesnością, ale to, co minęło, wydaje się być czymś w lepszym gatunku. Świat tandetnieje.

"A czy życie, żeby tak powiedzieć, to nie rzecz gustu? (...)
Jednym się podoba i chętnie żyją, a drudzy muszą."


....

ciąg dalszy: tamaryszek - opowieści zebrane

 

 

 

Trois femmes puissantes, Marie NDiaye

Trois femmes puissantes


Gdy tylko usłyszałam nazwisko zeszłorocznej laureatki prix Goncourt i tytuł jej powieści, pomyślałam, że muszę ją przeczytać, najlepiej jak najszybciej. Nazwisko Marie NDiaye, znanej pisarki o mieszanych senegalsko-fracuskich korzeniach, dawało nadzieję na dobrą francuską prozę, przyprawioną odrobinę aromatem Afryki. Tytuł "Trois femmes puissantes" czyli "trzy kobiety pełne mocy" rozbudzał od razu ciekawość. Nora, Fanta i Khady Demba, te niecodzienne imiona dźwięczały w uszach. Kim są te kobiety? Na czym polega ich siła? Jakie są ich historie? Co je łączy?

Po odpowiedź na te pytania, zapraszam tu:

rozcinam-pomarancze.blog.pl

czara

 
1 , 2 , 3