niedziela, 28 lutego 2010
Plany tamaryszka

Witam,

projekt już pulsuje i owocuje recenzjami, ale wciąż jeszcze można zgłaszać akces (i plany).

Zaczęłam od śledztwa, a nawet dwóch: pierwsze dotyczy listy nagrodzonych, drugie - deklaracji uczestników wyzwania.


Subiektywnie widzę to tak:
* Morze w tytule zwiększa szansę na nagrodę literacką (dowód: "Morze" Banville`a, "Morze,morze" Murdoch i "Rytuały morza" Goldinga).

* Należę do tych (większość?), którzy Nike znają, Bookera cenią, Goncourt jest pełen białych plam. A o Orange Prize słyszę po raz pierwszy.

* Zabawne, ile osób komentuje Stasiuka. Jedni podejmują próbę, inni podkreślają, że kolejną albo że się nie da...

* Nagrody nie łączą książek tematycznie, więc poszukałam indywidualnego klucza. Opowieści - jakieś sagi, losy rzucone w wir różnych przemian lub w perspektywie przemijania ukazane...

Szeroki klucz, więc dalej wybieram już intuicyjnie.

NIKE - Myśliwski - niedawno wracałam do "Kamienia na kamieniu", dobrze pamiętam "Widnokrąg". Oczekiwania wobec "Traktatu o łuskaniu fasoli" (2007) są duże.

BOOKER - "Tajemnica rodu Hegartych" Anne Enright (2007)

ORANGE - "Połówka żółtego słońca" Adichie (2007) - tu zachęciła mnie recenzja Padmy, ale nie wiem, jak będzie..., bo rzecz gruba.

GONCOURT - "Francuski testament" Makine (1995) - jedyny wybór, który omija rok 2007;)

 

Będę śledzić recenzje (trzecie śledztwo, tym razem rozciągnięte w czasie).

Pozdrawiam

ren

http://tamaryszek.blox.pl

NOMINACJE CZARY

Z wielkim opóźnieniem, ale z taką samą przyjemnością, dołączam się do wyzwania literackiego.

Nagrodę Nike śledzę od pewnego czasu, ale mimo wszystko, kilka pozycji jest jeszcze przede mną do odkrycia. Na pewno chciałabym zapoznać się bliżej z prozą Myśliwskiego, którego "Kamień na kamieniu" kiedyś mnie zachwycił. Zatem do przeczytania w ramach wyzwania zostają nominowani:
"Traktat o łuskaniu fasoli" - W. Myśliwski (bo zachwyca mnie sam tytuł)
lub
"Piosenka o zależnościach i uzależnieniach" - Eugeniusza Tkaczyszyn-Dyckiego
(z podobnych zresztą względów, a poza tym, co za nazwisko! Mogłabym je wymawiać bez przerwy.)

Nagroda Bookera, natomiast, omija mnie szerokim łukiem, nie wiem zresztą dlaczego. Do przeczytania nominuję zatem również dwie pozycje, zobaczymy, która wygra:
"Życie Pi" Yanna Martela (bo stoi na półce więc ma, szczęściara, większe szanse)
"Życie i czasy Micheala K"  J.M. Coetzee'go (bo każde spotkanie z nim to wielka przygoda)

Nagroda Orange - tu bez wahania, bo od czasów "Białych Zębów" tę autorkę darzę uczuciem szczególnym:
"O pięknie" Zadie Smith

Nagroda Goncourtów
- tutaj też dwa pewniaki, ponieważ literatura francuska to moja wielka pasja:
"Trois femmes puissantes" Marie N'Diaye (miła bilibotekarka zadzwoniła wczoraj,że mogę ją już odebrać z biblioteki)
"Trois jours chez ma mère" François Weyergansa (znajomość już zawarta, ale w trakcie odświeżania)

Monotonia w tytułach jest oczywiście zupełnie przypadkowa, zapewniam, że nie to było kluczem ich wyborów ;) Mam nadzieję, że chociaż trzy pozycje uda mi się przeczytać, choć wiem, że będzie trudno, niecierpliwa kolejka tytułów do przeczytania jest długa, a lista chętek i apetytów i małych "skoków w bok" ciągle się rozrasta. Pozdrawiam zatem wszystkich "wyzwaniowców" i biegnę szeleścić kartkami.

czara

http://rozcinam-pomarancze.blog.pl

piątek, 26 lutego 2010
Nike

Tworząc listę „książek do przeczytania” postanowiłam jeszcze raz podejść do Jadąc do Babadag Andrzeja Stasiuka. Kiedyś już zaczęłam ją czytać, ale po kilkunastu stronach odłożyłam.


Restart nie wypadł wiele lepiej. Przerwałam po kilkudziesięciu.
Gawęda o podróży po środkowej Europie. Autor opisując swoją fascynację tym regionem, pisze, że interesuje go:

zanik, rozpad i wszystko, co nie jest takie, jakie być mogło albo być powinno. Wszystko, co zatrzymało się w pół kroku i nie ma siły, ochoty ani pomysłu, wszystko, co się zaniechało, spuściło z tonu i dało za wygraną, wszystko, co nie przetrwa, nie pozostawi po sobie śladów, wszystko, co się spełniło samo dla siebie i nie wzbudzi żadnego żalu, żałoby ani wspomnień. Czas teraźniejszy dokonany. Historie, które trwają tak długo, jak są opowiadane, i rzeczy, które istnieją tylko wtedy, gdy ktoś na nie patrzy. Tak, to mnie prześladuje, ta cała reszta, to istnienie, bez którego wszyscy mogą się obejść, ta zbędność, nadmiar, który nie jest bogactwem, to ukryte, którego nikt nie pragnie poznać, i tajemnice, które sczezną w zapomnieniu, i pamięć, która pożre siebie samą.

Może nie mam nastroju na tę książkę? Może za mało anegdoty? W każdym razie nie. A. Stasiuk napisał świetne Mury Hebronu. I z mojego punktu widzenia nic ponadto.

W tej sytuacji sięgnęłam po kolejną książkę nagrodzoną Nike – Pod mocnym aniołem Jerzego Pilcha.


Za co ta nagroda? Książka jest wprawdzie świetnie napisana, zasysa, ale J. Pilch ma świetne pióro i trudno by napisał to inaczej. Spowiedź alkoholika. O alkoholizmie, o przemyśle profesjonalnej pomocy, który na nim żeruje. Złośliwie, ciętym językiem, trafnie. Jak zawsze w jego felietonach, tyle że tym razem nie o polskiej rzeczywistości, ale o własnym alkoholizmie. Z wielu zamieszczonych w tej książce odpowiedzi na postawione w tle pytanie "dlaczego piję?", chyba najbardziej podobała mi się ta: „Piję, bo jestem normalny i potrzebuję odrobiny szaleństwa”. Ciekawe i "trochę" plotkarskie (prawdopodobnie dla wtajemniczonych z kluczem). Ale żeby od razu nagroda? Dziwne.

Na koniec zaczęłam się zastanawiać nad nagrodą NIKE - do tej pory miałam same dobre doświadczenia (W. Myśliwski, J. Olczak-Ronikier, W. Kuczok).

czwartek, 25 lutego 2010
Gnój, Wojciech Kuczok

 

Wojciech Kuczok nie boi się mówić o sprawach smutnych i trudnych. Co więcej, on lubi poruszać tematy, które często bywają przemilczane, spychane w niepamięć, uznawane za nieeleganckie.

W powieści pt: "Gnój" rozprawia się z pojęciem rodziny. Śląska rodzina starego K nie jest liczna, choć jego ojciec stawiając dom myślał o wnukach i prawnukach. Z całej rodziny zostali dwaj bracia oraz ich siostra. Wszyscy oni uznają się za inteligencję i pogardzają robotnikami. Tylko stary K ożenił się (z kobietą z ludu) i spłodził dziecko. Jego rodzeństwo mieszka w tym samym domu zajmując niższe piętro, parter natomiast został sprzedany i jest zajmowany przez parę alkoholików. Narratorem książki jest syn starego K, który opowiada o dzieciństwie w swojej dysfunkcyjnej rodzinie.

 

Dalszy ciąg znajdziecie TUTAJ.

Ambitne plany jjona

Sporządziłam juz listę książek pierwszego wyboru. Nie wiem, czy przeczytam wszystko, co wymieniłam. To zależy od tego, co bedzie dostępne w bibliotece. Nie chcę się zamykać na inne propozycje. To co wymieniam poniżej, to książki, których będę szukać w pierwszej kolejności. Boldem zaznaczam to, co najbardziej chcę przeczytać.  Jak mi się trafi coś innego z listy lektur, to nie pogardzę :-)

 

BOOKER:

Angielski pacjent - Michael Ondaatje

Sacred Hunger - Barry Unsworth
Morze, morze - Iris Murdoch
Okruchy dnia - Kazuo Ishiguro
Bóg rzeczy małych - Arundhati Roy

NIKE:

Zachód słońca w Milanówku - Jarosław Marek Rymkiewicz
Paw królowej - Dorota Masłowska

ORANGE:

Własność - Valerie Martin
Przyjęcie u Larry'ego - Carol Shields
Płomyki pamięci - Anne Michaels

GONCOURT:

Życie przed sobą (La Vie devant soi) - Émile Ajar (Romain Gary) - Cykady
Koronczarka (La Dentelliere) - Pascal Lainé - Replika
Owoce zimy (Les Fruits de l'hiver) - Bernard Clavel - Czytelnik
Korzenie nieba (Les Racines du ciel) - Romain Gary - PIW
Kamień cierpliwości (Syngué sabour. Pierre de patience ) - Atiq Rahimi - Wydawnictwo Literackie

niedziela, 21 lutego 2010
Gnój

Gnój, Wojciech Kuczok,W.A.B., Warszawa 2003

Gnój 

"Gnój" to najlepsza polska powieść jaką ostatnio czytałam. Wydawało by się , że Kuczok podejmuje tematy już wyeksploatowane, przemoc w rodzinie, beznadzieja szarego życia, bezradność dziecka, alkoholizm , małe hermetyczne społeczności, ale radzi sobie nieźle. Styl pisarza jest wypracowany, język wręcz wycyzelowany, starannie dobrane słowa, ciekawe neologizmy, operowanie ironią, zmienność form stylistycznych.

Pierwsza część powieści to po trosze saga rodzinna, w której pisarz zapoznaje nas z rodziną starego K. To zarazem część najbardziej optymistyczna i dowcipna.

"Ojciec starego K. miewał braci. Żadnych sióstr - dobrali się z matką starego K. niechcący całkiem symetrycznie. Ojciec starego K. miewał braci, z różnych przyczyn bowiem śmierć przerzedzała ich szeregi, mimo usilnych zabiegów obojga rodziców, by nadążyć w regenerowaniu populacji. Szkarlatyna, gar z wrzątkiem, potem dwukrotnie Wehrmacht rekwirował młodszych K. na wieczysty użytek kostuchy, takoż jedynie ojciec starego K. i jeden brat - zwany Lolkiem - przedłużyli gałąź rodową w Rzeczypospolitej Ludowej."

c.d. http://smietankaliteracka.blox.pl/html

sobota, 20 lutego 2010
DBC Pierre - Vernon

 

Ogromne zaskoczenie.

Przez pierwsze 176 stron zastanawiałam się, jak t a k i e coś mogło zdobyć Bookera za 2003 r. Monolog 15-letniego Vernona Little z Martirio w Teksasie jest bardzo potoczysty i upstrzony przekleństwami, przeniesiony na ekran lub na scenę mógłby być niezłą komedią. Tymczasem temat jest poważny: chłopak zostaje oskarżony o zastrzelenie kilkunastu uczniów z własnej szkoły. Jego próby dowiedzenia niewinności spełzają na niczym, postanawia uciec do Meksyku. Zwłaszcza, że społeczeństwo - za sprawą manipulacji mediów - już go właściwie osądziło. Autor ewidentnie w kpiący sposób przedstawia policję, sąd, telewizję, a nawet samych Amerykanów z ich obżarstwem, hipokryzją i innymi grzeszkami. Całość przedstawiona bez ogródek, narysowana grubą kreską.

Właściwie miałam darować sobie tę powieść, ale w w trzeciej części nastąpił zwrot o 180 stopni. Główny bohater przeszedł w więzieniu metamorfozę i jeśli nie zmądrzał, to z pewnością się uspokoił. Trzeba przyznać, że książka nabrała innego wymiaru i jakości. Wcześniejszy fajerwerk wydarzeń wyhamował na rzecz refleksji, co z kolei dobrze posłużyło budowaniu napięcia. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki autor prowadzi fabułę do kulminacji, zakończenie również okazało się "zgrabne". W sumie powstała naprawdę dobra i zaskakująca powieść. Cieszę się, że nie porzuciłam jej przedwcześnie.

DBC Pierre, Vernon, Wydawnictwo Muza, 2004

 

17:30, czytanki.anki , Booker Prize
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2010
Tysiące bezmyślnych myśli

Błędne cienie

Pascal Quignard

Przemyśleń swych nie rozpocznę od opisu treści książki, ponieważ ta jako taka nie istnieje. Nie zacznę też wyrażeniem własnych odczuć, ponieważ ich nie posiadam, a jeśli tkwią gdzieś w podświadomości, to nie jestem w stanie opisać ich słowami. Od czego więc mam zacząć..?? A niech będą cytaty:

Odradzam się z dnia na dzień z potrzeby naśladowania dzieł Przodków. (s. 8)

P. Quignard w swym dziele często nawiązuje do przeszłości: Starożytny Rzym, Chiny z początku pierwszego tysiąclecia, Francja w XVI-XVII wieku. Są to w większości pojedyncze zdania, urywane myśli.

Oto moja praca w języku, który waży, rozważa, odważa się wyważyć, nim się zwarzy. (s. 12)

Język jest istotnym elementem wiążącym treść książki w całość. Chodzi tu zarówno o język w ujęciu językoznawcy, z całą wiedzą dotyczącą budowy sylab, wyrazów, zdań, lecz również język jako narzędzie manipulacji, wyśmiewania się, zatajenia prawdy. P. Quignard buduje bardzo proste i chaotyczne struktury - krótkie pojedyncze zdania, liczne akapity, rozdziały zawierające jedną myśl. W pierwszym momencie ma się wrażenie, że autor pisze, co mu "ślina na język przyniesie". Że pisze o wszystkim i o niczym. Mimo wszystko to, co pisze, ma sens, posiada podwójne dno, którego zwyczajny szary człowieczek nie jest w stanie ogarnąć. Oczywiście ja także zaliczam się do owych przeciętnych obywateli globu i przyznaje się do porażki na całej linii - nie wiem, co autor miał na myśli. Po prostu nie wiem...

Błędne cienie to skarbnica złotych myśli. Tę książkę czyta się jak poezję. Potrzebne jest maksymalne skupienie, czas na przemyślenia, a przede wszystkim intuicja, bez której czytelnik nie jest w stanie wyłapać tego, co w tekście ukryte.

Jak już wcześniej wspomniałam, dzieło P. Quignarda to książka przerastająca moje aktualne możliwości czytelnicze. Mimo wszystko przeczytałam ją w całości (a nie było to łatwe, oj nie było...). Przez cały ten czas czekałam na to zdanie, to słowo, które naprowadzi mnie na odpowiednie tory. I pewnie nie raz się pojawiło, tyle że ja go nie zauważyłam. Nie poddam się jednak bez walki. Błędne cienie, mimo, iż nieczytelne i chaotyczne, dały mi poczucie niespełnienia. Pokazały też, że jestem dopiero na początku czytelniczej ścieżki po bezdrożach literatury i zmotywowały do dalszej pracy.

Na koniec pozostawiłam dwie spośród najciekawszych jak dla mnie myśli, które, podobnie jak poezję, każdy może zinterpretować po swojemu (być może właśnie o to chodziło Quignardowi..?):

Trzeba kochać to, co tracone, i w tym, co stracone, dotrzeć miłością do Niegdyś (s. 16)

Trzeba iść tam, dokąd Bóg poprowadzi, i nie pozwalać sobie na zleniwienie ducha. (s. 89)

Zachęcam wszystkich wytrwałych i żądnych przygód do zmierzenia się z lekturą i sprawdzenia swoich możliwości :)

 

Pozdrawiam!! Paideia

The Lover (Kochanek) - Marguerite Duras

Trudno mi pisać o książkach, które nie przypadły mi do gustu. Dużo łatwiej się zachwycać, niż sensownie krytykować - zwłaszcza powieść wyróżnioną nagrodą literacką. Myśle, że takie wyróżnienie od razu sprawia, że oczekujemy dzieła, które nas w jakiś sposób poruszy. A przecież każdy ma inną wrażliwość, poczucie estetyki, upodobania. Idąc tym tropem zastanawiam się do kogo ta króciutka, autobiograficzna powieść Marguerite Dumas jest skierowana. Jakie struny miała za zadanie w nas poruszyć?

Myślę, że najbardziej dominującym elementem ksiązki jest jej trochę za bardzo wystudiowana kontrowersyjność. “Kochanek” opowiada o krótkim romansie pomiędzy nastoletnią dziewczyną i dorosłym mężczyzną. Kochanów dzieli właściwie wszystko. Pochodzenie (on jest Chińczykiem, ona Francuzką), status (jej rodzina żyje na granicy nędzy, on jest dziedzicem fortuny) no i oczywiście wiek. Erotyzm, który dominuje w tym związku dobrze wpisuje się w orientalne, parne otoczenie. Tylko cienka ściana dzieli zakazaną namiętność od zgiełku indochińskiej ulicy. Mimo wszystko efekt jest chyba słabszy od zamierzonego. Mam wrażenie, że trzeba być wyjątkowo pruderyjnym, żeby taki związek uznać za prawdziwie szokujący. A może łatwiej jest tolerować niekonwencjonalne postepowanie z dala od zasad i norm pośród których się wychowaliśmy? W obcym kraju, w miejscu, którego do końca nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć? Może to tłumaczy postawę matki dziewczyny, która udaje że niczego nie widzi? Chociaż równie dobrze może być to też bieda, albo szaleństwo.

Często zwraca się uwagę na oryginalną formę tej powieści. Duras opisuje posługując się fimowym sposobem wyrazu. Wspomnienia pojawiają się nagle i na krótko, tak jak oderwane od siebie obrazy. Myśli powtarzają się, urywają, wracają do poprzednich wątków. Narracja też nie jest jednolita: czasem jest w pierwszej osobie, czasem w trzeciej. Domyślam się, że złożenie tego wszystkiego w zgraną całość wymaga nie byle jakiego kunsztu pisarskiego. Z drugiej jednak strony takie zabiegi wydają się pogłębiać chłód jaki bije od tej powieści. I właśnie to jest najbardziej zadziwiające i zniechęcające w “Kochanku”. Książka nie wywołuje większych emocji, a przecież jest to opowieść o miłości, przyprawiona do tego całkiem sporą dawką erotyzmu. Ale jest to też miłość przygnębiająca i pozbawiona zmysłowości. Do tego opowiadana przez osobę, która wydaje się wspominać minione życie z goryczą i zniechęceniem.

Czy książka może się spodobać? Zapewne tak. Mimo wszystko jest w niej jakiś czar. Czy jest to zasługa egzotycznego miejsca, w którym dzieje się dosyć monotonna akcja, czy wspomnianej techniki wyrazu zapożyczonej ze srebrnego ekranu – nie wiem. Myślę natomiast, że warto mimo wszystko zaryzykować przeczytanie tej książki, choćby dlatego, że nie zabierze ona nam zbyt duzo czasu. Być może ktoś inny zobaczy w niej wyjątkowość, której mi nie udało się dostrzeć?

PS. Polecam całkiem niezłą ekranizację. Według mnie jednak ciekawszą niż książkowy pierwowzór.

03:09, white-sycamore , Prix Goncourt
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 lutego 2010
Brzemię rzeczy utraconych - Kiran Desai

Przewrotność życia nieustannie mnie zaskakuje. Jego paradoksy, kiedy „lepiej późno niż wcale” już nie wystarcza. Tracimy to, co było zwyczajne, a teraz wydaje się sprawą życia i śmierci. Po książkę „ Brzemię rzeczy utraconych” sięgnęłam przy okazji wyzwania czytelniczego. Nie żałuje absolutnie. 
Rzecz dzieje się w Indiach, w miasteczku Kalimpong skąd widać Kanczendzongę. Specyficzne położenie geograficzne sprawia, że to natura narzuca tryb życia mieszkańcom. 
Bohaterowie nie są nadzwyczajni, reprezentują w pewnym sensie każdego z nas. Porzucona dziewczyna, sędzia, który za swe niepowodzenia obarczał innych, kucharz, który wymyśla historie, aby móc zaakceptować swój los, chłopak pracujący w kuchniach Nowego Jorku, gdzie mieści się cały świat. Wszystkich łączy jedno uczucie – Nienawiść. Nienawiść do siebie przede wszystkim, do losu i do innych. Całe uczucie autorka opisuje w przewrotny sposób. Choć osobiście powiedziałabym, że robi tak jak robią ludzie, czyli kryje je pod różnymi łatkami powinności, władzy, ośmieszenia innych. Każdy z bohaterów utracił cząstkę siebie. Straty tej nie chce dopuścić do świadomości, przez co znowu wpada w zamknięte koło. Gdzie jedno kłamstwo trzeba napędzać drugim aż do śmierci. Pomimo, że głównym uczuciem jest nienawiść książka nie jest przesycona złem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest oczyszczająca. 
Uważam się za osobę tolerancyjną i otwartą na świat, na nowe kultury etc. Książka pokazała mi, że choćbym nie wiem jak bardzo otwarta była już na zawsze będę Europejką, czy tego chce, czy nie. Tkwię w szponach kultury, w której się wychowałam. Przyłapałam się na tym, że choć akcja książki dzieje się w Indiach, a jej bohaterami są prawdziwi Hindusi ja często wyobrażam ich sobie jako ludzi białych, o rysach typowo europejskich, co przecież odbiega od książki. Kiran pokazuje też brutalność turystów i brak wrażliwość, gdy z uwielbieniem fotografują biedę z uśmiechem na ustach. 
Lektura warta polecenia, choć do serca każdego czytelnika dotrze innymi drogami. Jego własnymi drogami prawdy, nienawiści i miłości.

 
1 , 2 , 3