sobota, 30 stycznia 2010
...
Tym postem chciałabym zakończyć swoje własne, niedokończone osobiste wyzwanie Booker’owskie. Podjęłam się jego z ciekawości i oczywiście z chęci poznania szerszego kręgu autorów nagrodzonych tą nagrodą. Założyłam sobie także przeczytanie listy booker’ów dla własnej satysfakcji. Ponieważ kilka z nagrodzonych książek miałam już za sobą, postanowiłam - w ramach oczywiście możliwości -przeczytać te jedne z pierwszych nagrodzonych i moje zaległe.
W ten sposób utworzył się pierwszy stos booker’owy – z tego stosu kilka książek opisałam na blogu, kilka z nich pozostało po prostu w mojej pamięci (być może kiedyś je spróbuje odtworzyć).
Znalazły się też takie pozycje, które przeczytałam ale które mnie nie zaciekawiły. Albo o których nie potrafię napisać nic miłego, a napisania złych słów na temat nagrodzonych książek już nie chcę się podejmować, ponieważ jedno z nich nie spotkało się z przychylnością czytelników na wielu forach.
Nauczona doświadczeniem, obawiając się kolejnej reprymendy w kilku słowach napiszę tylko moje osobiste odczucia, które – zastrzegam – mogą z czasem ulec zmianie.
Tak więc w moim stosie znalazły się :


Ci co pozostali Paula Scotta - w tej książce największą dla mnie wartością literacką było to, że porusza ona problem długoletnich małżeństw. To, że autor dostrzegł jak fantastyczne, może być życie w duecie przez tak wiele lat. Mimo wielu kłótni i pretensji, mimo wielu momentów krytycznych bycie ze sobą i trwanie w radości. Przyjemna i wzruszająca lektura z dużą dawką humoru.

Moja ość w gardle, mój wyrzut sumienia – Salman Rushdie Dzieci północy – no nie wiem, nie mogę!

Zachować swój świat Nadine Gordimer – nad, którym ubolewam bo nie miał kilkudziesięciu stron (ktoś je sobie przywłaszczył) więc nawet nie tknęłam. Ale o Gordimer pisałam TU

Stare diabły – Kingsleya Amisa, których lektura była dla mnie irytująca i wolałabym chyba tą przezabawną historię zobaczyć na wielkim ekranie

I wreszcie Ślepy zabójca Margaret Atwood – do tej książki podeszłam drugi raz i po raz kolejny była ona tak uderzająca i zarazem tragicznie dołująca dla mnie, że samo jej wspomnienie wywołuje na mych ustach grymas smutku. Powieść tak złożona, że nie potrafię wyrazić opinii na jej temat w jednym zdaniu. Książka na czytanie której znalazłam sposób i to właśnie dzięki niemu wrócę do niej ponownie.
 
 
Tymi słowami nie krytykuję powyższych książek, a raczej chcę zachęcić do sięgnięcia po nie, bo przecież opinię na ich temat każdy, po przeczytaniu, będzie miał własną, niepodyktowaną moim skromnym postem.
piątek, 29 stycznia 2010
Morze,( ach) morze!

Nie wiem co spowodowało, że wzięłam tę książkę z półki, bo oprócz powodów, dla których powinnam ją odłożyć (pisałam więcej na blogu) dochodził jeszcze sam tytuł sugerujący przygodę wśród fauny i flory, a do tego marynistyczna tematyka tytułu na myśl której mdli mnie jak na statku (nie znoszę książek ani obrazków, pamiątek znad morza w postaci latarenek i muszelek – te które leżały ku ozdobie u nas w domu, a które z obrzydzeniem przesuwałam przy wycieraniu kurzu, schrupały z wątpliwą przyjemnością córki naszych znajomych – dzięki dziewczyny, mając nadzieję, że Wam nie zaszkodziły cieszę się z tej przysługi).


Pomimo tak wielu argumentów przeciwko lekturze, które przemknęły przez moją głowę z prędkością światła, poczułam, wyciągając z półki książkę, że muszę ją przeczytać. I nie zawiodłam się bowiem „Morze morze” wciąga od pierwszych stron, hipnotyzuje, uspakaja i relaksuje. To wprost niesamowite uczucie, które towarzyszy podczas jej czytania porównywałam do pobytu nad brzegiem morza, do uspakajającego szumu fal i orzeźwiającej bryzy morskiej.
„Morze morze” to historia emerytowanego reżysera, aktora i dramaturga, który przez 14 lat swojego życia nie widział morza i wystarczyło jedno spojrzenie, a chłopak wiedział, że z morzem zwiąże kiedyś swoje życie. Znudzony swoją popularnością, blichtrem, który otaczał go w życiu, kupuje dom nad morzem, a właściwie dom na cyplu, starą, rozwalającą się ruderę, bez prądu i ogrzewania ale za to z dawną latarnią morską i osobistym dostępem do skalistego brzegu morza. Charles Arrowby czas emerytury poświęca na spisanie swojego życia, na napisanie biografii znanego reżysera – siebie samego, chcąc w ten sposób oczyścić swoją osobę z zarzutów egoizmu, samolubstwa i chamstwa i jednocześnie przeżyć swego rodzaju miłosne katharsis.


Wydawało się, że znalazł raj na ziemi, miejsce idealne na emeryturę, na pisanie książki. „Shruff End” (tak nazywa się dom Charles’a) okazuje się jedną wielką tajemnicą, a jego zakup posunięciem które zmusi Charles’a do walki z samym sobą, z własnymi emocjami, przeszłością i przyszłością. W tym zdawać by się mogło spokojnym miejscu stoczy on walkę z duchami dawnych czasów, magiczną siłą miłości i nawiedzającymi go ciągłymi wycieczkami znajomych. Ten nieustający strach i ucieczki przed spotkaniami doprowadzają go do obłędu, przywołują obrazy z życia jakie zostawił za sobą. Po pokojach „Shruff End” jak zmory ciemności snują się sprawy niewyjaśnione, żale i pretensje. Tam gdzie Charles miał odpocząć tak naprawdę dopiero musi zacząć żyć, bo dotąd chyba tylko był i nic go nie interesowało a teraz musi działać - stawić czoła wszystkiemu co kiedyś uczynił sobie i innym.


Iris Murdoch doskonale buduje napięcie całej sytuacji i pomimo, że książka ma prawie 600 stron nie sposób nudzić się w trakcie jej czytania. I choć na jej stronach znajdziemy ogromną ilość opisów są one tylko atutem książki, a ich różnorodność (począwszy od opisu fal, skał kończąc na rytuałach przygotowywania i spożywania posiłków) ubarwia i umila czas poświęcony książce. Smaczku dodaje fakt, że autorem książki jest kobieta, a narratorem i zarówno autorem książki pisanej w książce jest mężczyzna. Moim skromnym zdaniem książka „Morze, morze”, w której lekturze znajdą przyjemność miłośnicy przygód i kryminału w pełni zasłużyła na nagrodę, która otrzymała.

 

zdjęcie: www.wp.pl

czwartek, 28 stycznia 2010
Amsterdam

Zadziwiające, że można wciągnąć się w tą książkę od pierwszych stron – odważne posunięcie zacząć od pogrzebu i to w dodatku w mroźny lutowy dzień. Toczyć dysputy przy jednoczesnym odmrażaniu sobie wszelkich członków. Tak zaczyna się Amsterdam McEwan’a, tak charakterystycznie dla autora - ponuro i ciężko.


Molly Lane była chyba rozrywkową dziewczyną i zapewne piękną kobietą. Jak na takową przystało zgromadziła na swoim pogrzebie wszystkich swoich kochanków czyli umierając, niekoniecznie na złość im, doprowadziła do ich konfrontacji. Clive Linley, Vernon Halliday, Julian Garmony czy mąż Georg Lane to mężczyźni Molly. Pierwszy z nich to wzięty brytyjski kompozytor muzyki współczesnej, Vernon to zagoniony redaktor gazety oraz Julian – polityk, minister spraw zagranicznych, że o zaborczym mężu nie wspomnę. Mężczyźni ci nawet nie domyślają się jakie następstwa dla nich będzie miała śmierć Molly i ich ponowne spotkanie.
Nie domyślają się, że ich próba zbliżenia się do siebie, bliższego poznania czy może chęć nawiązania przyjaźni, którą przypieczętowali umową, podyktowaną chorobą Molly, będzie miała poważne skutki (a miała być ona swego rodzaju usprawiedliwieniem dla śmierci kochanki i ich samych). Dokonają oni katastrofalnych wyborów moralnych, ich przyjaźń zostanie poddana ciężkiej próbie, a niewinne zabawy Juliana Garmony ośmieszą i postawią w obliczu śmierci politycznej i rozpadu małżeństwa.


Ten swojego rodzaju moralitet McEwan’a nie należy do łatwych – z resztą jak większość jego książek, nie jest to książka zachęcająca, wręcz można by pokusić się o stwierdzenie, że zniechęca ona od pierwszych stron (bo czyż marznięcie na pogrzebie może być ciekawym?- trzeba lubić autora aby je wytrzymać!). W książkach McEwan’a zarówno świat jak i postacie są odrażające, to pogmatwane i pogubione we własnej psychice złe charaktery - czasami odnoszę wrażenie czytając McEwan’a, że umieszczając swoich bohaterów w jakimś miejscu i czasie chce on w jakiś sposób, pokazując im jacy są zepsuci, jednocześnie ukarać ich za występki jakich się dopuszczają. Sam Amsterdam akurat to studium męskiej psychiki - przypisywanej zwykle kobietom zazdrości i emocjonalnej oziębłości z charakterystyczną, już raczej dla męskiego gatunku, rywalizacją na polu zawodowym i seksualnym oraz z ciągłą chęcią bycia lepszym, umiejscowiony w typowym dla mężczyzn światku polityczno – twórczo - rozrywkowym. Wreszcie tytułowy Amsterdam to miasto zagadka, miejsce, w którym coś się dokona, coś co będzie wielkim zaskoczeniem zarówno dla czytelnika jak i samych bohaterów.


Ta ksiązka nie zawiedzie – jak zawsze u McEwan’a makabra łączy się z humorem, a groteskowo wynaturzone postacie momentami przerażają realizmem. Pomimo depresyjnego nastroju książek McEwan’a i tak je lubię i nie chcę aby zawiódł mnie on zmieniając się w słodko-ckliwego autora plastikowych książeczek.

 zdjęcie: www.wp.pl

The Line Of Beauty

Przyznaję, że książka Allana Hollinghurst'a "Linia piękna" (The Line of beauty) przeleżała u mnie kilka dobrych lat w stanie nadgryzionym. Nie wiem co sprawiło, że nie doczytałam jej do końca - czy trudności językowe jakie mi sprawiała czy ciężki kaliber treści? A może jedno do drugiego i "The Line of beauty" stała się dla mnie ciężkostrawna. Przypomniałam sobie o niej kiedy postanowiłam poszerzyć krąg bookerowskich dzieł (bo było tak zwykle, że sięgałam po książki nagrodzone, jednak nie wszystkie – i nie wszystkie też wydane zostały na rynku polskim, a potem to się o nich zapominało) oraz dzięki stosikowi Chihiro
Tak więc w związku z pomysłem "The Line of beauty" znalazła się w stosie bookerowskim (choć nie ma jej na zdjęciu stosu, bo została dopiero później odzyskana od wypożyczającego, teraz doszło wyzwanie Nagrody lietrackie).  Od razu przyznaję, że niektóre z fragmentów, które były dla mnie niezrozumiałe bądź wydawały się takie, (co okazywało się błędnym myśleniem) zaczerpnęłam z polskiego wydania, które cudem zdobyłam i to w śmiesznie niskiej cenie. Podejrzewam, że to wstyd trzymać taką książkę w hurtowni, czy księgarni, nie wstyd, że taka książka jeszcze stoi ale w ogóle stoi – bo reakcje na recenzje książki zauważałam raczej pąsowe.
Czytając książki z listy bookerów nie oceniam ich bo nie mam do tego kompetencji, najwyżej wyrażam swoje zdanie – dobre czy złe – które w tylko mi znany sposób kształtuję i pojmuję.
Myślę - i pewnie tą myślą podzielam zdania kilku innych osób, że "Linia piękna" choć niezaprzeczenie zasłużyła na otrzymaną nagrodę i książką wybitną jest, to jednak przysłużyła się jej tematyka gejowska, bo czasy i okoliczności, bo powiązania polityczne w treści i wartości obyczajowe – wszystko to razem i oczywiście talent pisarski Hollinghurst'a dały wynik w postaci Bookera w roku 2004.

Jest 1983, środek wyjątkowo gorącego lata. Brytyjska Partia Konserwatywna wygrywa wybory pod przywództwem Margaret Thatcher. Główny bohater, po części narrator 21 letni Nick Guest, absolwent Oksfordu, podkochujący się w swoim przyjacielu ze studiów Tobym, wprowadza się do jego domu w Londynie. Sytuacja dość skomplikowana dla Nicka, który nie ukrywa swojego homoseksualizmu i musi znaleźć się w towarzystwie ojca Toby'ego i jego towarzyszy z partii Torysów, przeciwnych raczej homoseksualizmowi (przeciwnych bo nie znają? bo nie rozumieją? bo właściwie co?). Jednak chłopak ma szczęście, bowiem cała rodzina Toby'ego, włącznie z ojcem parlamentarzystą do homoseksualizmu Nicka odnosi się tolerancyjnie. To pod okiem i prawie pod dachem tego pruderyjnego domu Nick nawiązuje swój pierwszy romans, który już na zawsze wpłynie na jego życie, tak silnie, że nawet Nick nie zdaje sobie z tego sprawy i nie jest w stanie przewidzieć wpływu swojego pierwszego kochanka na jego przyszłość.
To są tylko skromne początki powieści. Nawet nie można się specjalnie bulwersować jak na Allana Hollinghurst'a. Jednak kiedy tylko akcja przenosi się do roku 1986, kiedy to Nick zaczyna rozwijać skrzydła nawiązując nowe znajomości i odnajdując się w reszcie w otoczeniu polityków i osób z wyższych sfer książka nabiera nie tyle tempa ile ... rumieńców. Nick czerpie pełnymi garściami z tego co oferuje już nie do końca „podziemne” życie w wielkiej metropolii, wciąga się, bez wyrzutów i obaw w seksualne przyjemności dopełniane stanami narkotykowego upojenia. Niestety jest to życie w cieniu AIDS i ciągle potępianej odmienności orientacji seksualnej.
I jak zawsze u Hollinghurst'a nie obędzie się bez opisów aktów seksualnych – więc książka dla osób , którym raczej pruderia obcą jest. Bo choć opisom tym daleko do pornograficznych to jednak autor przedstawia je, podobnie jak Klubie korynckim dość realistycznie co uprzedzonym czytelnikom może wydać się odpychające i naganne. Jednak należy pamiętać, że nie one są celem książki i nie dla tych opisów książka powstała, jest to swego rodzaju znak rozpoznawczy autora.

 

Nie wiem co stanowi tło w książce Allan Hollinghurst'a – ciagle nowe podboje seksualne Nicka, jego napiętnowany homoseksualizm czy raczej sytuacja polityczna Angli lat osiemdziesiątych?
"Linia piękna" to książka rzeka – bo to historia, od początku do końca (czyżby?), życia młodego chłopaka, który na jej kartach odkrywa swoje przekonania, przeżywa inicjacje zarówno te seksualne jak i towarzyskie – to jak kiedyś ktoś napisał „powieść inicjacja”, to historia przepoczwarzania się nieopierzonego chłopaka z rodziny bez tradycji w pewnego siebie i swojego zdania obywatela świata. To także bardzo obrazowy portret Anglii w rządów Thatcherowskich konserwatystów. Chciałabym aby powstał równie dobry obraz polskich rządów w obliczu równie podobnych problemów społecznych bo ciekawa jestem jak poradziłyby sobie nasze kręgi polityczne w podobnej sytuacji.
 
The Gathering

„Tajemnica rodu Hegartych” Anne Enright faktycznie zaczyna się tajemnicą i cała jest nią owiana. Zaczynając czytać zdobywcę Bookera 2007, chciałoby się już, już zaraz wiedzieć o co chodzi, lecz książka tak zachwyca, tak wciąga, że przemy do przodu przez strony pełne głębokich uczuć. To jest ciemny i mroczny świat śmierci w chłodnej oprawie Irlandii. Zagubiona w swoim życiu Veronica z 50 letnią historią rodziny, owianej tajemnicą, której sama nie potrafi rozsupłać. Uwikłana w nią przez swoje poczucie winy, przez miłość do rodziców i rodzeństwa, ciągle trwające w „związku” z bliskimi. Nie potrafi pogodzić się ze śmiercią brata miotając się między uczuciem miłości i nienawiści, współczucia i niezrozumienia. Silna kobieta, jak jej się wydaje i jednocześnie tak słaba, zamknięta w swoim świecie, czasem tylko budzi się w nim aby utrzymać kontakt z córkami i mężem.

Anne Enright daje nam mnóstwo czasu na oswojenie się ze śmiercią Liama Hegarty, tak jak oswaja się z nią jego siostra Veronica. „Tajemnica rodu Hegartych” tak mroczna i poza zmysłami jak ludzie, którzy je postradali i nikt ich nie rozumie, jednocześnie dotyka wszystkich komórek czytelnika, porusza wszystkie zmysły. Sprawia, że zastanowisz się czytelniku jak ty żyjesz, czy będziesz zmuszony rozkładać też swoje życie na części pierwsze jak Veronica? Każda tragedia rodzinna i tajemnica możliwa jest do rozwikłania dzięki miłości, której nie brakuje u Enright, wypełnia ona całą treść książki i potrafi natchnąć czytelnika. Bo nie sposób przejść obok dramatu Hegartych bez wzruszeń. Nie sposób nie wczuć się w cierpienie Veroniki, w jej niezrozumienie świata albo rozumienie go w inny sposób, jej własny sposób. Każdy rozumuje świat, miłość, śmierć i wszystkie dramaty i wzruszenia jakie nam życie "daje" w swój własny sposób. Każdy ma problem ze zrozumieniem i pogodzeniem się ze śmiercią. Każdemu z nas może zdarzyć się obwinianie za nią innych. Wtedy w głębokich zakamarkach pamięci szukamy winnych, czy to ludzi czy zdarzeń. Veronica gubi się czasami w tych zawiłościach pamięci i jej zawodności czy też nadmiernej wyobraźni. Lecz czyż jest to wystarczający powód aby „wyciągać” wszystkie historie rodzinne te czyste jak kryształ i te „brudne”? Czy trzeba obwiniać, jak robi to bohaterka Enright rodziców i dziadków i cały bieg życia rodziny za to co się stało? Czyż nie jest ważniejsza miłość, a nie powód czyjejś śmierci, która i tak już się stała?

Hegarty to są mądrzy ludzie, dobrze wychowani przez rodziców. Pomimo, że było ich 12, to im się udało. A cóż z tego, że każdy jest na swój sposób dziwny? Chyba za dużo w „Tajemnicy …” jakby wstydu i smutków wyniesionych z dzieciństwa. Niedomówienie, które kładzie się cieniem na historii rodziny Hegartych jest silniejsze nawet od ogromu miłości jaka przejawia się w tej dużej rodzinie. Szkoda, że nie potrafią zaufać sobie do końca i odkryć przed sobą, „odsłonić” ten cień, wpuścić słońce jak miłość do domu.


Książka jak najbardziej ambitna, zasługująca na nagrodę jaką otrzymała. Tak wzruszająca opowieść i do głębi prawdziwa jest mocno wciągającym przeżyciem i charakterystycznym dziełem „bookerowskim”.

 

zdjęcie: www.wp.pl

 

... i jestem

cieszę się z tego wyzwania tym bardziej, że nie tak dawno sama postawiłam sobie podobne, a mianowicie postanowiłam przeczytać - uzupełnić książki nagrodzone bookerami.

Na to wyzwanie nie mam jakiegoś specjalnego systemu, planu czy gotowego stosu. Z listą wybranych pozycji pobiegłam do biblioteki i uzbierało się trochę książek, głównie nagrodzonych Goncourtem. Dołożę do tego, o ile moge, te bookery, które już przeczytałam ... albo raczej te, o których coś napisałam.

 

Życzę wszystkim dobrej zabawy i miłej lektury wyzwaniowych książek :)

"Home" - Marilynne Robinson to zupelnie niezalezna kontynuacja poprzedniej ksiazki  "Gilead", ktora otrzymala nagrode Pulitzera. Akcja "Home" dzieje sie w latach 1950-tych w domu Roberta Boughtona, emerytowanego, protestanckiego kleryka. Jego corka, Glory Boughton, 38-mio letnia nauczycielka z bagazem nieudanego zwiazku z zonatym mezczyzna powraca do rodzinnego domu, aby zaopiekowac sie umierajacym ojcem. Po kilku tygodniach pojawia sie w domu jej brat Jack - syn marnotrawny, ktory nie utrzymywal kontaktow z rodzina przez dwadziescia lat. Jack probuje walczyc z duchami przeszlosci - alkoholizmem, pobytem w wiezieniu, nieudanym malzenstwem, chociaz wie, ze bledy jego mlodosci nie sa zapomniane, a co gorsza nie przebaczone. Jack chce poprawic swoje stosunki z ojcem, ale jego poglady zarowno religijne, jak i polityczne poglebiaja tylko przepasc miedzy nimi.  Akcja ksiazki jest zbyt powolna, czytelnik musi zbyt dlugo czekac na odkrycie poszczegolnych etapow zycia bohaterow, ale po zlozeniu kawalkow zyciowej "puzzle" bohaterowie wzbudzaja w nim sympatie. Fascynujace jest obserwowanie rozwijajacej sie przyjazni miedzy bratem i siostra, ktorzy na poczatku traktowali siebie na wzajem, jak dwoje obcych. Moca powiesci jest wzbudzenie emocji i moralnego odzwieku biblijnych opowiesci.

środa, 27 stycznia 2010
Anne Michaels - Płomyki Pamięci

Anne Michaels - Płomyki Pamięci

Co za gniot!

Z każdą przeczytaną kartka, rosło moje zdziwienie. Taki bełkot i nagroda? I to nie jedna. Z okładki dowiedziałam się, że Płomyki pamięci Anne Michaels:

"to jej pierwsza powieść, która stała się bestsellerem literatury kanadyjskiej ostatnich lat, otrzymując aż osiem nagród - m.in. Guardian Fiction Award, Orange Prize, Lannan Literary Award, Trillium Prize".

To już lepszy Coelho - głębia ta sama, a przynajmniej krótszy.

Bohaterem książki jest Jakob Beer. W czasie drugiej wojny swiatowej, wywiózł go pod pazuchą grecki naukowiec, który zabezpieczał wykopaliska w Biskupinie (kilka dni wcześniej na oczach Jakoba zginęła jego żydowska rodzina - rodzice i siostra Bella). Dorastał na greckiej wyspie, potem razem ze swoim opiekunem zamieszkał w Kanadzie, założył jedną rodzine, potem drugą, ciągle nie mogąc zapomnieć o traumie dzieciństwa i o swojej ukochanej siostrze Belli.

Ta historia opowiedziana jest dziwnym językiem, pełnym barokowych przenośni, nie najwyższych lotów opisów przyrody i pseudofilozoficznych mądrości.

Dla zainteresowanych, próbka stylu. Otworzyłam książkę na "chybił trafił" i zeskanowałam pierwszy fragment jaki mi wpadł w oko. Cała książka jest napisana takim językiem!

Kocham synów Maurice'a i Ireny, tak jak kochałbym dzieci Belli, i często wzdycham do tego, by opowiedzieć im po raz któryś z rzędu o tamtych popołudniach w rzecznych przystaniach, o bladym jesiennym słońcu prześwietlają­cym przybrzeżne trzciny, o zielonych porostach na gła­zach w płytkich zakolach rzeki, o biblijnych miastach, któ­re budowałem z Monesem z błota i z patyków. Ścięty lo­dem brzeg, zielonkawe niebo, czarne ptaki, śnieg. Kiedy Yosha i Tbmas byli bardzo mali, kucałem przy nich i obej­mowałem kruche, kościste ramionka, myśląc, że to samo robił kiedyś mój ojciec.

Wyzwanie Alex
Moje pierwsze wyzwanie! Plany mam duże, mam nadzieję, że uda mi się z nich wywiązać.

Najbardziej zainteresowała mnie nagroda Orange (tym bardziej, że czytałam z niej tylko "O pięknie" (recenzja na blogu)). Tak więc chcę przeczytać co najmniej:

- "Połówka żółtego słońca" - Chimamanda Ngozi Adichie
- "Musimy porozmawiać o Kevinie" - Lionel Shriver


Z Booker'a wybrałam jak na razie jedną książkę, którą od dawna i tak planowałam przeczytać (teraz mam motywację):

- "Życie Pi" - Yann Martel
Ale myślę też o "Hańbie" Coetze. Z większą listą poczekam na Wasze recenzje. :)

Na trzecim miejscu znajduje się Nike. Tutaj czytałam "Pod mocnym aniołem" i "Bieguni" i nawet myślałam, żeby przeczytać Pilcha po raz drugi, gdyż niewiele z tej książki już pamiętam, ale chęć zapoznania się z czymś nowym przeważyła. I w zależności od czasu myślę o"

- "Chirurgiczna precyzja" - Stanisław Barańczak
lub
- "Traktat o łuskaniu fasoli" - Wiesław Myśliwski. 

Będę oczywiście informować na bieżąco jak idą postępy! :)

Andrzeja Stasiuka "Jadąc do Babadag"

Nagrodzona w 2005r. NIKE książka Stasiuka to niezwykle sugestywna opowieść o tej części Europy, która uważana jest za gorszą. Bo czy Rumunia, Słowacja, Węgry, ubogie kraje bałkańskie mogą konkurować ze wspaniałościami i bogactwem Francji, Hiszpanii czy Austrii? Okazuje się, że tak. Co prawda nie są w stanie zaoferować nam takiego przepychu, nie zachwycają elegancją i raczej nie pasują do opowieści o uroczych europejskich wakacjach. W zamian za to dostajemy ubóstwo, bród, żebrzące dzieci, zapracowane kobiety ubrane w jaskrawe, tandetne stroje i mężczyzn tęskniących do starych dobrych czasów socjalizmu i dyktatur. A jednak w tym mało zachęcającym obrazku Stasiuk potrafił zobaczyć piękno i tak przekazać je czytelnikowi, by w nie uwierzył.

Pierwsza część "Jadąc do Babadag" to krótkie teksty, relacje z wypraw Stasiuka przez Europę Wschodnią (część z nich ukazała się wcześniej w różnych gazetach). Podróże odbywa sam lub w towarzystwie, samochodem, autostopem, pociagami, a także rzecznymi promami. Zachwyca go każde nowe miejsce, każdy poznany człowiek. Pokazuje przemierzane kraje takie, jakimi są, bez upiększeń, szczerze, jednoczęśnie wydobywając z nich piękno. Opisywani ludzie są prawdziwi, niczego nie ukrywają, sa świadomi swojego położenia, zmęczeni, a jednocześnie dumni z tego kim są. Autor pisze tak, że czytelnik nabiera ochoty na wielką przygodę. na to by spakowac plecak i ruszyć w podróż w nieznane by samemu móc doświadczyć tego wszystkiego. By zobaczyć Albanię, o ktorej Stasiuk mówi, że każdy powinien ją zobaczyć, jeżeli chcą poznać Europę. To powinien być obrzęd inicjacyjny, ponieważ Albania jest podświadomością tego kontynentu. Tak, Albania to europejskie id, to jest lek, który nawiedza nocą śpiacy Paryż, Londyn, Frankfurt nad Menem. To jest ciemna studnia, w głab której powinni zerknąć ci, którym wydaje się, że bieg rzeczy został ustalony raz na zawsze (str. 119).  By zawitać do raju, jakim jest Mołdawia, bo według legendy, gdy Pan Bóg rozdawał ludziom ziemię Mołdawianin zaspał i, gdy zapytał Boga co z nim bedzie, On, nie mogąc cofnąć wczesniejszych decyzji powiedział "Chodź, zamieszkasz ze Mną w Raju". Skromny to raj, a jednak zachęcający.

Stasiuk pisze też o trudach podróży. O poszukiwaniu noclegów, strachu towarzyszącym przekraczaniu granic w szczerym polu, o wariackich kierowcach, z którymi przyszło mu jechać. Pisze o mniejszych i większych przekupstwach, ale także o bezinteresowności ludzi, którzy pomagali mu, zdobywali jedzenie, bilety w sposób graniczący z cudem nie biorąc za to pieniędzy.

Tytułowa część "Jadąc..." utrzymana jest już w innym stylu. Nadal mamy opis przemierzanych miejsc i spotykanych ludzi, ale tekst nabiera bardziej emocjonalnego i momentami wręcz filozoficznego charakteru. Pojawiają się rozważania czym jest czas, jaka jest siła pamięci. Stasiuk pięknie mówi o tym, że w tych częściach Europy przyszłość zaczyna się wtedy, gdy zaczyna być przeszłością. Wczesniej nikt o niej nie myśli.

Co jeszcze świadczy o wielkości tego tekstu to postawa samego Stasiuka wobec odwiedzanych miejsc i poznawanych ludzi. Nie wywyższa się, choć pewnie mógłby to robić, nie udaje, że wie więcej, a wręcz przeciwnie przyznaje się do swej niewiedzy. Słucha uważnie opowieści, pali takie same tanie papierosy, jakie palą jego rozmówcy, ale też nie udaje kogoś kim nie jest. Nie stara się przypodobać, stara się słuchać i poznawać.

Stasiuk miał silnych konkurentów. Wygrał m. in. z Kapuścińskim, Krall i Różewiczem. I swoją pozycją zdecydowanie zasłużył na nagrodę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7